Dnie mijają, fotograficzny głód, co tu focić siedząc w domu z dwójką harpaganów…

Dnie mijają, fotograficzny głód, co tu focić siedząc w domu z dwójką harpaganów…

Póki co jedno, z czasem może coś więcej….

Jesień za oknem, szaro buro, nic się nie chce. Fotograficzny niebyt, czas na zdobywanie klientów, podpisywanie umów, czas ciągłej choroby dzieci
, syn pobił rekord, po zaledwie dwóch dniach pobytu w przedszkolu dziś już jest “załatwiony”…. Byle do wiosny….
Nic nie piszę, nic nie pokazuję, dzieciaki mnie załatwiły, czuję się fatalnie. Całości dopełnia gorączka, której miało nigdy nie być (medykom cosik się pomyliło)… Z tematów fotograficznych to zdarzyły się dwa zlecenia, 130 lecie ZSME i reportaż z tego- dziękuje Ci Marta oraz zdjęcia dla salonu kosmetycznego HeBe. W pierwszym przypadku postanowiłem nie publikować relacji z obchodów 130 lecia, ponieważ sceneria w której impreza się odbywała budzi mój niesmak, ot sala gimnastyczna w dość fatalnym stanie, ale cóż tak to już jest jak szkoła dostaje coraz mniej środków by móc sprostać potrzebom. Jeśli chodzi o zdjęcia do salonu kosmetycznego to trzeba sobie powiedzieć prawdę, gdyby nie Wojtek (Erie) najbardziej ambitne modernizacje graficzne nie zostały by wykonane, po raz kolejny serdecznie dziękuję. Facet ma wiedzę i masę cierpliwości. Niezbyt taktownie byłoby pokazać zdjęcia jako swoje wiedząc iż znaczną część pracy wykonał ktoś inny.
Tymczasem kończę i idę zjeść jakieś “prochy”.
Z wielką przyjemnością załączam klatki z ostatniego (chyba) ślubu w tym roku, ślubu wyjątkowego w samym sobie…



























Dzięki uprzejmości Piotrka z FLK Media po raz kolejny miałem przyjemność pojawić się na gali boksu w kopalni. Szczerze mówiąc absolutnie nie czuję takiej fotografii, wyjazd na galę miał być próbą zmierzenia się z tematem, prawdę powiedziawszy zdjęcia absolutnie mnie nie zadowalają, zresztą tematyka jak dla mnie obca- zwyczajnie nie “czuję jej”, niemniej jednak blog musi żyć swoim życiem, więc załączam foty.
Najpierw na rozgrzewkę dla publiki wyszli amatorzy:

Później byli zawodowcy:

Panie nie ustępowały:

Były chwile zwątpienia:

I decydujące momenty:

Czasem trafiały się obrażenia:

Niektórzy nie kryli zdumienia:

I pewnie warto było:

No dobra tak na szybkiego, zapowiadane kilka klatek ze ślubu, który był odrobinę stresujący, znamy się z Pawłem od kilku lat, czasem odwiedzają nas wraz z Martą, propozycja zrobienia relacji z ich ślubu była pewnym wyzwaniem.











Szybki kilkugodzinny wypad z Darkiem w górki, wyjazd z Tarnowa później niż zwykle, bo o 4 nad ranem. Miejscami kropi, czasem leje, gnamy dalej. Pierwszy kulinarny postój, półlitrowa kawa i dojeżdżamy do Zakopca, pustki…. Szaro, buro, ponuro, czasem siąpi. Pierwotny plan był pocić sobie w Kościeliskiej, jednak aura zmusza do zmiany planów, jedziemy na Kasporowy- u góry może więcej widać. Podjeżdżamy busem za 3 zł pod stację kolejki, (w przeciwieństwie do górnej stacji toaleta gratisowa) gdzie o dziwo nie ma żywego ducha, pada, zimno, nie ma się co dziwić. Kupujemy bilety za 40 zł i wraz z toprowcami czekamy na pierwszą kolejkę, po dość nudnej jeździe jesteśmy na szczycie, po wyjściu z budynku jesteśmy w szoku, wszędzie biało, masa śniegu, czysto, sterylnie, oprócz nas może z 5 osób na szczycie, idziemy ostro w kierunku Świnicy, ręce kostnieją, rękawiczek brak, ale zdjęcia się robią, aura niesamowita, raz pięknie i słonecznie, za chwilę szaro buro, ponuro i zawieja, silny wiatr unosi tumany śniegu. Jak na zimowy debiut w Tatrach jest bosko.
Poniżej kilka kadrów z tego pamiętnego wypadu.



Pochmurało się

Zapowiedzi, same zapowiedzi, ale czasem i tak musi być, dwie klatki z minionej soboty, póki co sama Karolina reszta zdjęć niebawem…


No dobra zacznę od końca.
Rysy ech Rysy, chciałem pojechać i wejść na szczyt już dawno temu… Jest w nich coś magnetyzującego, coś czego nie zepsuje ogromna ilość ludzi na szczycie, przerobiliśmy z Agą Zawrat, Szpiglasową Przełęcz i inne mniejsze bądź większe wzniesienia, jednak Rysy jakoś były poza zasięgiem, dlaczego, nie wiem. Po ostatniej wyprawie na Jagnięcy Szczyt byłem sceptycznie nastawiony do kolejnej nocnej eskapady w Tatry. Jackowi po głowie chodził (i chodzi nadal) Koprowy Szczyt, mnie i Agę korciły Rysy- strasznie…Na szczęście Jacek jest bezkonfliktowym facetem, więc zostały Rysy. Zdecydowaliśmy się na podejście od strony Słowackiej, z pewnością łatwiejsze, niż od Polskiej; jakoś nie miałem najmniejszej ochoty iść droga do Morskiego Oka 10 km asfaltem, wówczas nie sądziłem jeszcze, że od Słowackiej strony też jest asfalt, Aga bała się, że kondycyjnie nie wydoli, więc decyzja była prosta.
Piątek 23.09 po południu maluchy do teściów (pierwszy sukces), noc z piątku na sobotę-budzik dzwoni o 1, półprzytomni z Agą (nikt normalny chyba o tej porze nie zaczyna dnia), zalewamy termos kawą, drugi herbatą, szybkie kanapeczki, ostatni przegląd plecaków.
2:45 dzwoni komóra, niezastąpiony Jacek już czeka na parkingu. Gnamy bardzo przepisowo przez Wojnicz, Sącz, Piwniczną, Mniszek, by na około 5:45 zameldować się na parkingu w Popradské Pleso. Co ciekawe parking załadowany samochodami, mimo dość wczesnej pory, przebieramy buciki i zaczynamy asfaltem kierować się w stronę Hotelu Górskiego przy Popradzkim Stawie (Chata Popradské Pleso). Po około godzinie dochodzimy do “hotelu”, (nocleg od 13 do 22€ za osobę) kanapeczki, kawka, toaleta- co ciekawe darmowa:

Aga i Jacek:

Po śniadanku ruszamy na szlak, na samym początku tablica informacyjna z zaznaczoną trasą tego co nas czeka:

Początkowo niebieskim szlakiem delikatnie wspinamy się pod górę. Po około godzinie dochodzimy do rozwidlenia szlaków, szlak niebieski prowadzi dalej na Wyżnią Koprową Przełęcz (2180 m n.p.m.), my w prawo na szlak czerwony i punkt docelowy Rysy.

Przed nami rozgrywa się górski spektakl, coś pięknego

Cały czas brniemy do przodu, szlak robi się odrobinę trudniejszy, jednak idzie się wyśmienicie


Szybki posiłek obok przebudowywanego schroniska “Chata pod Rysami” i bliższa prezentacja bohaterów wyprawy. A na marginesie z przyczyn oczywistych nie zamieszczam zdjęcia “placu budowy” podobnie jak kibelka nad przepaścią- pełno tego w sieci, a co do schroniska w nowej odsłonie, miałeś rację Grzesiu brzydkie jak cholera…
Aga- żona, pierwszy raz od 3 lat pojechała w Tatry i ciężko ją było dogonić, ech te kobiety, wciąż zaskakują.

Jacek, fotograf, postać indywidualna sama w sobie, kondycyjnie też niczego sobie, dumnie dotrzymywał kroku mojej żonie, podczas gdy ja zamykałem tyły.

Dobra idziemy dalej, właściwie wyżej, podejście na przełęcz “Waga”:


A potem już tylko wyżej i wyżej:

Widok na Żabie Stawy:


Wierzchołek Polski 2499 m .p.m. Zdjęcie zrobione z wyższego Słowackiego szczytu 2503 m n.p.m.

Autopromocyjnie na Słowackim wierzchołku Rysów, zdjęcie zrobiła Aga.

Widok na Polską stronę z Polskiego wierzchołka:

Medytacje nad przepaścią:

Widok ciutkę w prawo:

Na pożegnanie, schodząc:

A teraz hmm, czas na Rysy od Polskiej strony, jak trudniej to czemu nie, choć marzy się Wysoka, oj tak… Plany są, czas na realizację.
Sumarycznie na szlaku spędziliśmy nieco ponad 12h, z tym, że dość często przystawaliśmy podziwiając widoki, robiąc zdjęcia, zmieniając obiektywy, albo zwyczajnie łapałem zadyszkę i Aga z Jackiem czekali na mnie, wyczynowcy ponoć robią całość w około 8h, mnie tam się nigdzie nie spieszyło.
Z technikaliów wystąpiły następujące zabaweczki D700 (tym razem odpuściłem gripa), Nikkor 24-70 (sporadycznie), Nikkor 16-35- zdecydowanie najczęściej, oraz filtr polaryzacyjny Marumi Super DHG, z przyczyn oczywistych nie będę tu wymieniał filtrów UV, na marginesie rozstałem się z szarą połówką chyba bezpowrotnie póki co.